RSS
 

Archiwum - Czerwiec, 2015

PERŁY

05 cze

 images (1)

W szarym płaszczu i w mrocznym

Idzie kapeluszu człowiek przez życie.

W tłumie ludzi staje się kimś niewidocznym.

Śmieje się sztucznie, popłakuje skrycie

I narzeka, że dzień bywa słonym.

 

W pajęczynie dociekań, rozgniewania

I w pogoni za jeszcze lepszym bytem,

Pędzi na oślep w lęku kołataniach,

Budząc się i zasypiając bladym świtem.

 

A, czy całość jest dziełem całości,

Czy mozaiką sklejonych okruchów, drobiazgów?

Czy miłość jest miłością, gdyby nie tęsknota

I posmak samotności?

Czy szczęście to nie wynik dodanych kłopotów?

 

Cóż, że patrzysz na zioła plamą zieleni?

Czy zachwycić się można kleksem ze stalówki?

Cóż, że niebo krwawi czerwienią promieni

I że tęczą się śmieje, kiedy deszczem smuci?

 

Gdyby niebo nad nami zawsze czarne było

Niczym gardziel bezkształtnego nocy kołysania?

Czyż nie lepiej by diamentów solą się mieniło

I błyszczało karatem srebrnego mrugania?

 

A, czy drzewa, co łuską szeleszczących liści

Opływają podmuchem pluszczącego wiatru,

Nie są słodkie jak grona winnych w słońcu kiści?

Czyż nie one dostojność wieńczą światu?

 

Drobne chwile i jeszcze drobniejsze pamiątki,

Fotografie i listy schowane w szkatułce,

Polne kwiaty w wazonie, obrazeczki i świątki,

I figurki ozdobne wyliczone na półce –

 

Czy to wszystko naprawdę nie ma swego znaczenia

Odkurzane przed snów zapomnieniem?

Czy zmrożonych ust pustką rzekniesz: Do widzenia,

Wierząc, że to, co drobne, jest złudzeniem?

Isabelle MOULIN

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii WIER-SZYDEŁKA

 

ŚMIERĆ

05 cze


Wyobraziłam sobie, że mnie nie ma…

Chodniki popłynęły politurą deszczu.

Parasole uśpione od niechcenia

Zamarły nad ziemią w powietrzu.

Ciężkim tonem fortepianu ciszy

Krople drażnią stukotem skupienie.

Nikt już głosu mego nie usłyszy…

Dla niewielu stanę się wspomnieniem.

 

Powrócę czasem kartonowym wejściem,

W którym drzemią zdjęcia i zapiski.

Będzie ciężko godzić się z odejściem,

Kiedy zapłacze nade mną ktoś bliski.

 

Kubek żalu trzymam w obu dłoniach,

Gdy pomyślę o tym, co przede mną.

Myśl ta szepce goryczą na skroniach,

Budząc lękiem podświadomość senną.

 

Wyobraziłam sobie, że mnie nie ma…

W sekretarzyku zatrzaśnięte słowa

Powtarza echem cisza głuchoniema,

Od której pęka szklanym dźwiękiem głowa.

Płótna czekają w wiecznym zaniedbaniu

Na kosmyk farby, na pieszczotę pędzla,

A na karteczkach w lekkim zamieszaniu

Zastyga bólem kompozycja wiersza.

 

Tak wiele jeszcze powinnam wykonać,

Urzeczywistnić mnóstwo obowiązków

I jeszcze mocniej, bardziej winnam kochać

Pomimo potknięć poplątanych pląsów.

 

Zaglądam w głębie kobiecej źrenicy

Jako kochanka, żona, matka, córka…

Nic oprócz serca w życiu się nie liczy,

Więc pycha skubie w gniewie złote piórka.

 

Wyobraziłam sobie, że mnie nie ma…

I czas zatrzymał zegara wskazówki,

Zastygł w bezruchu mimo przeznaczenia,

Łaskocząc papier opuszkiem stalówki

I zapisując wszelakie wyznania,

Z których się nagle dusza obnażyła…

Tak mam niewiele do swego rozstania,

Bo nie wiem przecież, ile będę żyła?

 

Usiadłam z kubkiem w dłoniach na kanapie

Błądząc strużkami po szyby przezroczu

I obserwując wodę, która z nieba kapie…

Nie wiem, czy deszczem… czy łzą z moich oczu?

 

A, obok ona w wyblakłej sukience

W kościstej, suchej, zwiędniętej posturze.

Trzyma palcami porośnięte ręce.

Wpatruje we mnie oczodoły duże.

 

Wyobraziłam sobie, że mnie nie ma…

Poznałam wartość codziennego życia

I nagle wszystko, co tworzy dylemat,

Nie miało dla mnie już nic do ukrycia.

Banalne rzeczy na sznurek prostoty

Jak drogocenne perły nawlekałam.

Znowu do życia nabrałam ochoty

I znów na nowo siebie pokochałam.

 

Nic już nie miało pierwotnego kształtu,

Pierwotnej barwy pozbawionej blasku.

Coraz uważniej przyglądam się światłu

I czerni, która pęka tym światłem o brzasku.

 

Z każdą zadumą dojrzewam, rozkwitam,

Z każdym westchnieniem nostalgicznym.

Każdy dzień wdzięcznie i radośnie witam,

Choćby miał być dniem smutnym, przykrym.

 

Wyobraziłam sobie, że mnie nie ma…

Tak siebie widzę nawet bardzo często

I choć to nie jest najciekawszy temat,

Dostrzegam w jego melancholii piękno,

Doceniam każdy ułamek sekundy

I uszczęśliwiam duszę drobnym gestem.

Kocham obłoki i gradowe chmury

I jestem wdzięczna, że po prostu jestem.

Isabelle MOULIN

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii WIER-SZYDEŁKA